2008-12-07
Od rana są zdenerwowane, miotają się w klatkach, głośno szczekają. Nie wiadomo skąd, ale dobrze wiedzą, że właśnie w sobotę dostaną swoją porcję miłości i poczują prawdziwą trawę pod łapami. Tego dnia schronisko dla bezdomnych zwierząt w Ostródzie odwiedzają wolontariusze. Zabierają psy na spacer do pobliskiego lasu, przynoszą smakołyki. Na ten dzień wszyscy w schronisku czekają.
Fot. Barbara Chadaj-Lamcho
Od świtu gościnnie otwartą bramę
śledzi ponad dwieście par psich oczu. Jest w nich złość,
niepewność, ból, czasami nadzieja i radość. Kilka minut po ósmej
pojawiają się pierwsi wolontariusze. Jest ich w około 40. Nie
zawsze przychodzą wszyscy, ale zazwyczaj jest tu w każdą sobotę
od 15 do 20 osób. Wita ich taki psi jazgot, że nie można
rozmawiać. Otwierają klatki, zakładają smycze i wyprowadzają psy
na spacer po okolicznych polach i lasach. Taki spacer trwa
zazwyczaj około godziny. Jednak gdy jest mniej wolontariuszy,
skracają ten czas, by wyprowadzić wszystkie psy, które można
zabrać na spacer.
Wśród wolontariuszy najwięcej jest dziewcząt. Mają od lat kilku
do kilkunastu lat. Przychodzą same lub przywożą je rodzice.
Mądrzy rodzice, którzy wiedzą, jak wielkim kapitałem na życie
jest potrzeba niesienia pomocy słabszym, chorym, bezdomnym.
Kasia, Kamila, Gosia, Natalia, Ania, Ewa, Agnieszka, wszystkie
przychodzą tu w soboty z własnej woli.
- Nam powiedziała o wolontariacie pani bibliotekarka w szkole -
mówi Kasia z Gimnazjum nr 2 w Ostródzie.
- Ja dowiedziałam się od koleżanki, że potrzebują tu pomocy -
dodaje Asia. - Przyszłam i już zostałam. Cieszę się, że mogę
pomagać.
Wiele z nich ma w domu własne zwierzęta, jak Natalia, która
długo wylicza swój domowy "zwierzyniec". Ma psy, trzy chomiki,
świnkę morską i rybki. Miałaby ochotę przygarnąć jeszcze jakieś
bezdomne stworzenie.
- Tata pracuje za granicą, a mama pozwala mi na te wszystkie
zwierzęta w domu - opowiada Natalia wyprowadzając już trzeciego
psa na spacer po lesie.
Wolontariusze i ich podopieczni nie zawsze są mile widziani.
Zdarza się, że mijani gdzieś po drodze ludzie reagują
agresywnie: Po co wy wyprowadzacie te dzikusy ze schroniska! -
Takie rzeczy też słyszą.
Grot został najlepszym
przyjacielem Kasi
Kasia ma 15 lat i uczy się w Gimnazjum nr 1 im. Polskich
Noblistów w Ostródzie. Pierwszy raz poszła do schroniska w
styczniu tego roku i... Grot ją zauroczył.
- Zawsze marzyłam o owczarku niemieckim - wspomina Kasia. -
Pamiętam jak poszłam z nim na pierwszy spacer. Zabierałam go w
każdą sobotę. W wakacje chodziłam tam też w środku tygodnia.
Chciałam Grotowi jakoś wynagrodzić okropne przeżycia. Ktoś
przywiązał go do drzewa w kagańcu i zostawił na pewną śmierć.
Udało się go uratować, choć był już ledwo żywy.
Kasia zaczęła o Grocie opowiadać rodzicom. I o tym, że bardzo
chciałaby zabrać go do domu. Którejś soboty udało jej się
namówić mamę na wizytę w ostródzkim schronisku. Poszły razem na
spacer z Grotem.
- W pewnym momencie Kasia usiadła na trawie, a Grot tak
beztrosko się koło niej położył - wspomina Ewa, mama Kasi. -
Dobrze im było razem. Wtedy zrobiło mi się go strasznie żal, że
musi wrócić do klatki.
Niedługo po tym i po rozmowie z tatą, Grot trafił do ich domu.
Został, chociaż początki nie były łatwe. Grot miał poważnie
chorą trzustkę, więc jego adopcja zaczęła się od kilku wizyt u
lekarza i nieprzespanych nocy. Pies był wystraszony, bał się i
nie odstępował Kasi na krok. Nie od razu zaprzyjaźnił się też z
dwoma kotami mieszkającymi w domu.
- Po kilku tygodniach rodzice zyskali jego zaufanie, a na koniec
zaprzyjaźnił się z kotami - mówi Kasia. - Dziś jest moim
najlepszym przyjacielem.
- Już nie wyobrażam sobie naszej rodziny bez Grota - dodaje mama
Kasi.
A Grot jest szczęśliwym psem. To po nim widać. Cała rodzina
zapewnia, że nawet się uśmiecha.
Poszła na spacer
po sześciu latach w klatce
Wolontariat zaczął się od Agnieszki Korbal, która w 2006 roku
założyła Alarmowy Fundusz Nadziei na Życie, który pomaga
zwierzętom. W ubiegłym roku przeprowadzili około stu adopcji.
- Początkowo było nas pięć, sześć dorosłych osób, które
przychodziły do schroniska - mówi Agnieszka Korbal. - Z czasem
trochę nas przybywało, a w połowie 2007 roku ogłosiliśmy na
naszym forum internetowym, że poszukujemy wolontariuszy.
Przyszły dziewczynki, potem rozwiesiły plakaty w szkołach i tak
się zaczęło.
O tym, jak dobry może być efekt takich wizyt wolontariuszy w
schronisku, najlepiej świadczy przykład pewnej suni. Była stara,
miała już około 10 lat, miała guza i była agresywna. Mała,
czarna, zrzędliwa i głośna nie budziła sympatii.
- Ja lubię takie psy, to znaczy traktuję je jak wyzwanie - mówi
Agnieszka Korbal. - Ona przez sześć lat była w klatce. Jak ją
pierwszy raz z tej klatki wyprowadziłam na spacer, to agresję
jak ręką odjął. Ona z radości szalała. Cieszyła się trawą,
każdym drzewem.
Z wizyt wolontariuszy zadowolona jest prowadząca ostródzkie
schronisko Ewa Gurzyńska. Ma pod opieką około 250 psów i
kilkadziesiąt kotów. I chociaż sobotnie wizyty stawiają porządek
dnia w schronisku na głowie, to zdaje sobie sprawę z tego, jak
dobry wpływ na zwierzęta mają te spacery.
- Mamy tylko trzech pracowników i oni nie są w stanie poświęcić
każdemu psu tyle uwagi, co wolontariusze - mówi Ewa Gurzyńska. -
Oczywiście każdy z nich opiekuje się takim psem, z jakim sobie
poradzi. Bierzemy po uwagę wiek, doświadczenie, czy także siłę
fizyczną.
Największy problem sprawiają duże psy, także te z ras uznanych
za agresywne. Tu z pomocą przyszedł dorosły i silny
wolontariusz, który "specjalizuje się" w takich trudniejszych
przyjaźniach.
- Marcin znalazł na ulicy dużego, bezdomnego psa i przywiózł go
do schroniska - mówi Ewa Gurzyńska. - Nie mógł go przygarnąć, bo
już ma psa, jego bliscy i znajomi też. Nie zostawił go jednak
zupełnie samego i przyjeżdża co sobotę. Zabiera go na spacer do
lasu i do domu. Żeby odetchnął trochę od schroniska.
Ostródzcy wolontariusze oddają bezdomnym zwierzętom swój wolny
czas, a czasami także kieszonkowe. Co mają w zamian? Twarz
Agnieszki Korbal rozjaśnia uśmiech: - Mają przyjaciół, dla
których są najpiękniejsi, najmądrzejsi i najlepsi - mówi
Agnieszka.
I przytacza taką opowiastkę o tym, jaka jest różnica między psem
i kotem. Kot rozumuje następująco: Dają mi jeść, dają mi dom,
troszczą się o mnie. Jestem bogiem! Pies z kolei myśli tak: Dają
mi jeść, dają mi dom, troszczą się o mnie. Są bogami!
Barbara Chadaj-Lamcho