www.GazetaOlsztynska.pl » Ostroda » Pieniądze to nie wszystko, trzeba mieć serce
2008-12-23

Pieniądze to nie wszystko, trzeba mieć serce

Agnieszka ma męża, dwoje dzieci, trzy psy, odpowiedzialną pracę i wielkie serce. Jej przyjaciele mówią "jest niesamowita". Ponad dwa lata temu założyła Alarmowy Fundusz Nadziei na Zycie. Niesie pomoc bezdomnym psom. Dzięki niej wiele już znalazło dom, a ona poświęca im każdą wolną chwilę.

Fot. Barbara Chadaj-Lamcho

Może o nich mówić godzinami, jak o Bursztynie, chyba najbardziej poszkodowanym przez ludzi i los psie z ostródzkiego schroniska.

— Został znaleziony na chodniku, jak potrącił go samochód. Miał złamany kręgosłup i łapę — mówi Agnieszka. — Łapa została zoperowana, a kręgosłup miał się zrosnąć, ale psa nie można jak człowieka wsadzić w gorset. Zostały mu więc dwie niepełnosprawne tylne łapy. Właśnie załatwiamy mu wózek, sponsoruje go pani z Niemiec. Jednak on tymi łapami porusza, więc jest szansa, że będzie samodzielnie chodził. Potrzebuje tylko rehabilitacji.

Agnieszka mówi, że lubi psy trudne, bo są dla niej wyzwaniem. Tak jak pewien husky.

— Ktoś go przywiązał do płotu schroniska — wspomina. — Może nie mógł sobie z nim poradzić, bo to trudny pies, albo zostawił go, bo był ciężko chory. Miał problemy z jelitami. Przeszedł skomplikowaną operację w Kortowie. Najtrudniejsza była późniejsza opieka nad nim, bo był agresywny. Pewnie z dwóch powodów, bo i choroby, i tego, że został porzucony.

Agnieszka po trwającej rok resocjalizacji wzięła go na pierwszy spacer. Do dziś wychodzi tylko z nią.

Agnieszka przyznaje, że ma słabość do psich staruszków. Ze znalezieniem domu dla szczeniaków jest najmniejszy problem, trudniej gdzieś dobrze ulokować takiego psiego emeryta, jakim jest Kers.

— To taki dziadziulek od piętnastu lat w schronisku — mówi Agnieszka. — Szukaliśmy dla niego domu i odezwała się pani z Krakowa. Powiedziała, że chętnie go weźmie, bo przygarnia takie psie staruszki. To było takie wzruszające. Zwłaszcza jak Kers, trzymał swój koc pod łapami. Nie wypuszczał go, bo tylko ten kocyk należał tu do niego. I pojechał z nim do Krakowa.

W schronisku jest około 250 psów, które przede wszystkim skrzywdził człowiek. Historia niemal każdego z nich, to świadectwo ludzkiej podłości. Ot, chociażby ostatni przypadek. Samochód potrącił psa w Kajkowie, wezwano policję, pracowników schroniska. Wszyscy przez kilka godzin szukali właściciela, ale bez skutku, więc pies trafił do schroniska.

— Sprawdziliśmy, czy ma czip — wspomina Agnieszka. — Okazało się, że ma, był w naszym schronisku i został adoptowany jako szczeniak. Potem wyszło jeszcze, że policja była u właściciela, ale ten nie przyznał się, że to jego pies. Nie wiem, czego się bał. Może kosztów leczenia, chociaż to zamożny człowiek. Do dziś się u nas nie pojawił, chociaż wie, że pies jest u nas. I to jest taki przykład, że nie wystarczy mieć pieniądze, trzeba jeszcze mieć serce. Ludzie, którzy decydują się na adopcję, muszą być odpowiedzialni.

Tylko w ubiegłym roku udało się przeprowadzić około stu udanych adopcji. Będą następne, a w schronisku wciąż przybywa wolontariuszy, którzy poświęcają swój czas bezdomnym zwierzętom. Agnieszka umie "zarażać" innych miłością do zwierząt. Skąd się to u niej wzięło? Już jako mała dziewczynka leczyła kotom zranione łapy. Zawsze kochała zwierzęta, zwłaszcza te biedne, opuszczone, poszkodowane przez los.

— Kiedyś myślałam, że świat jest wyłącznie okrutny, a ludzie podli i źli — mówi Agnieszka. — Potem weszłam na stronę internetową www.dogomania.pl i okazało się, że jest mnóstwo ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja. Poświęcają swój czas i pieniądze, żeby pomóc zwierzętom.

W domu Agnieszki też nie brakuje czworonożnych przyjaciół. Jest Pajda, Polo i Perełka.

— Jak byłam w ciąży znalazłam ją w lesie i przytachałam do domu — wspomina Agnieszka.

Te trzy psy, to dziś najlepsi przyjaciele Patryka i Adriana, bliźniaków, które przyszły na świat ponad dwa lata temu.

Synowie Agnieszki muszą kochać zwierzęta. Inaczej być nie może.

Barbara Chadaj-Lamcho
b.chadaj@gazetaolsztynska.pl