Agnieszka ma męża, dwoje dzieci, trzy psy, odpowiedzialną pracę i wielkie serce. Jej przyjaciele mówią "jest niesamowita". Ponad dwa lata temu założyła Alarmowy Fundusz Nadziei na Zycie. Niesie pomoc bezdomnym psom. Dzięki niej wiele już znalazło dom, a ona poświęca im każdą wolną chwilę.
Fot. Barbara Chadaj-Lamcho
Może o nich mówić godzinami, jak
o Bursztynie, chyba najbardziej poszkodowanym przez ludzi i los
psie z ostródzkiego schroniska.
— Został znaleziony na chodniku, jak potrącił go samochód. Miał
złamany kręgosłup i łapę — mówi Agnieszka. — Łapa została
zoperowana, a kręgosłup miał się zrosnąć, ale psa nie można jak
człowieka wsadzić w gorset. Zostały mu więc dwie niepełnosprawne
tylne łapy. Właśnie załatwiamy mu wózek, sponsoruje go pani z
Niemiec. Jednak on tymi łapami porusza, więc jest szansa, że
będzie samodzielnie chodził. Potrzebuje tylko rehabilitacji.
Agnieszka mówi, że lubi psy trudne, bo są dla niej wyzwaniem.
Tak jak pewien husky.
— Ktoś go przywiązał do płotu schroniska — wspomina. — Może nie
mógł sobie z nim poradzić, bo to trudny pies, albo zostawił go,
bo był ciężko chory. Miał problemy z jelitami. Przeszedł
skomplikowaną operację w Kortowie. Najtrudniejsza była
późniejsza opieka nad nim, bo był agresywny. Pewnie z dwóch
powodów, bo i choroby, i tego, że został porzucony.
Agnieszka po trwającej rok resocjalizacji wzięła go na pierwszy
spacer. Do dziś wychodzi tylko z nią.
Agnieszka przyznaje, że ma słabość do psich staruszków. Ze
znalezieniem domu dla szczeniaków jest najmniejszy problem,
trudniej gdzieś dobrze ulokować takiego psiego emeryta, jakim
jest Kers.
— To taki dziadziulek od piętnastu lat w schronisku — mówi
Agnieszka. — Szukaliśmy dla niego domu i odezwała się pani z
Krakowa. Powiedziała, że chętnie go weźmie, bo przygarnia takie
psie staruszki. To było takie wzruszające. Zwłaszcza jak Kers,
trzymał swój koc pod łapami. Nie wypuszczał go, bo tylko ten
kocyk należał tu do niego. I pojechał z nim do Krakowa.
W schronisku jest około 250 psów, które przede wszystkim
skrzywdził człowiek. Historia niemal każdego z nich, to
świadectwo ludzkiej podłości. Ot, chociażby ostatni przypadek.
Samochód potrącił psa w Kajkowie, wezwano policję, pracowników
schroniska. Wszyscy przez kilka godzin szukali właściciela, ale
bez skutku, więc pies trafił do schroniska.
— Sprawdziliśmy, czy ma czip — wspomina Agnieszka. — Okazało
się, że ma, był w naszym schronisku i został adoptowany jako
szczeniak. Potem wyszło jeszcze, że policja była u właściciela,
ale ten nie przyznał się, że to jego pies. Nie wiem, czego się
bał. Może kosztów leczenia, chociaż to zamożny człowiek. Do dziś
się u nas nie pojawił, chociaż wie, że pies jest u nas. I to
jest taki przykład, że nie wystarczy mieć pieniądze, trzeba
jeszcze mieć serce. Ludzie, którzy decydują się na adopcję,
muszą być odpowiedzialni.
Tylko w ubiegłym roku udało się przeprowadzić około stu udanych
adopcji. Będą następne, a w schronisku wciąż przybywa
wolontariuszy, którzy poświęcają swój czas bezdomnym zwierzętom.
Agnieszka umie "zarażać" innych miłością do zwierząt. Skąd się
to u niej wzięło? Już jako mała dziewczynka leczyła kotom
zranione łapy. Zawsze kochała zwierzęta, zwłaszcza te biedne,
opuszczone, poszkodowane przez los.
— Kiedyś myślałam, że świat jest wyłącznie okrutny, a ludzie
podli i źli — mówi Agnieszka. — Potem weszłam na stronę
internetową www.dogomania.pl i okazało się, że jest mnóstwo
ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja. Poświęcają swój
czas i pieniądze, żeby pomóc zwierzętom.
W domu Agnieszki też nie brakuje czworonożnych przyjaciół. Jest
Pajda, Polo i Perełka.
— Jak byłam w ciąży znalazłam ją w lesie i przytachałam do domu
— wspomina Agnieszka.
Te trzy psy, to dziś najlepsi przyjaciele Patryka i Adriana,
bliźniaków, które przyszły na świat ponad dwa lata temu.
Synowie Agnieszki muszą kochać zwierzęta. Inaczej być nie może.
Barbara Chadaj-Lamcho
b.chadaj@gazetaolsztynska.pl